
Mata to moja przestrzeń
– dlaczego własna praktyka działa najgłębiej
Mata jako przestrzeń
Moja mata jest już naprawdę stara, ma kilkanaście lat. Jest poprzecierana, naznaczona śladami pazurków moich kotek. Mam też nową, piękną, nienaruszoną – ale z jakiegoś powodu nie potrafię się z tą starą rozstać.
Sentyment?
Może coś więcej.
Okazuje się, że ta stara „ściorana” mata to nie jest tylko kawałek tworzywa, na którym praktykuje.
To jest moja przestrzeń.
Przestrzeń, w której przez lata zostawiałam wysiłek, ból, napięcia, ale też ulgę, zachwyt i głębokie oddechy.
To pamiętnik mojego ciała.
Przyjaciel, który był ze mną w chwilach przełomów i kryzysów.
Na niej uczyłam się oddychać tak, jakby oddech był mostem z powrotem do siebie.
Na niej medytowałam, kiedy świat robił za dużo hałasu.
I na niej — choć może brzmi to banalnie — zrozumiałam, że zmiana zaczyna się od najmniejszego gestu.
Czasem od tego, że położę dłonie na podłożu i pozwolę, aby ciało samo zaczęło mówić.
Na tej macie zachodziły we mnie zmiany, których nie dostrzegałam na co dzień:
✔ pierwsze rozluźnienia po tygodniach napięcia,
✔ pierwsze odpuszczenia,
✔ pierwszy moment, kiedy poczułam własne granice.
Praktykując, zostawiałam na niej historie swojego życia — ucieleśnione, często niewypowiedziane.
Każde wgniecenie, każda mikroryska to ślad drogi, którą przeszłam — fizycznie i emocjonalnie.
Dlatego tak trudno wymienić matę na nową.
To jak wymienić część własnej historii.
Mata przyjmie wszystko
Często prowadząc zajęcia, mówię:
„Oddaj ciężar w matę.”
Dla niektórych to tylko instrukcja rozluźnienia.
Dla mnie — zaproszenie, by odłożyć to, czego nie trzeba już dźwigać: wczorajszy dzień, to, co niewygodne, to, co nadal boli, wszystkie niedokończone myśli i wszystkie „powinnam”, „muszę”.
To zaufanie, że mata utrzyma wszystko, czego już nie jesteś w stanie nieść.
Bo mata nie jest tylko sprzętem.
Jest energetycznym pojemnikiem, bezpieczną przestrzenią, którą tworzysz oddechem, obecnością i intencją.
Mata niczego nie ocenia.
Nie mówi: „za dużo”, „za mało”, „mogłabyś bardziej”.
Ona po prostu przyjmuje.
Potrafi przyjąć to, czego nie powiesz nikomu.
Zachować drżenie mięśni i drżenie serca.
Być miejscem, w którym coś pęka — ale tylko po to, by zrobić miejsce na ulgę.
Brak świadomości
Kiedyś pewna kobieta — początkująca, jeszcze nienauczona jogowej „kultury maty” — weszła w butach prosto na moją matę.
Nie ze złej woli.
Po prostu nie wiedziała.
Dla niej to był kawałek gumy, sprzęt jak każdy inny.
Ale dla mnie?
To było jak naruszenie mojej intymnej przestrzeni.
Zwróciłam jej uwagę — nie dlatego, że „zniszczyła matę”, ale dlatego, że wkroczyła w miejsce, które było Moje, nasycone moją energią, wspomnieniami i historią.
I wtedy zrozumiałam coś bardzo ważnego:
odkąd zaczęłam tworzyć przestrzeń dla siebie, zaczęłam ją też dostrzegać:
W ciele.
W życiu.
W relacjach.
Dlaczego warto mieć swoją własną matę?
Własna mata to coś o wiele więcej niż komfort czy higiena.
To:
To nie jest po prostu „sprzęt”.
To miejsce, które pamięta Twoją zmianę.
Bo gdy praktykujesz na swojej macie:
Mata uczy, że zmiana zaczyna się tam, gdzie jesteś gotowa powiedzieć:
„Tu jest mój kawałek świata — wystarczająco duży, by zacząć od nowa.”
Moja mata jest stara. I dobrze.
Bo ja też nie jestem tą samą osobą, którą byłam, gdy rozwinęłam ją pierwszy raz.
A ona jest cichym świadkiem każdej warstwy mojego życia.
Dlatego zostanę z nią jeszcze chwilę — dopóki będzie mnie trzymać.
Bo to nie mata mnie trzyma.
To ja trzymam przestrzeń, którą dzięki niej zbudowałam.
I tego życzę każdemu, kto praktykuje:
nie tylko własnej maty,
ale własnej przestrzeni, w której można się zmieniać.
Powoli.
Prawdziwie.
Po swojemu.
Z miłością KaM-Sira
