List do tych, których boli za długo: gdy ciało mówi to, czego dusza nie zdążyła wypowiedzieć.

List do tych, których boli za długo

– gdy ciało mówi to, czego dusza nie zdążyła wypowiedzieć

Ból ciała bez przyczyny – zapisany głęboko w duszy.
Może znasz ten stan: ciało woła, a świat nie słyszy. Nie jesteś sama cudowna istoto. Ten list powstał z bólu i dla tych, którzy go znają aż za dobrze – ciała napiętego do granic, układu nerwowego w stanie alarmowym, przeszłości, która nie pozwala zasnąć. Dla tych, których ciało boli, mimo że nikt nie znajduje „medycznego powodu”. Może dlatego, że ten ból nie mieści się w podręcznikach, ale ma swoje źródło głęboko w duszy. Jeśli kiedykolwiek czułaś, że nie możesz już mówić o tym, co cię boli – przeczytaj. Być może znajdziesz tu coś z siebie.


List do Ciebie, droga Istoto, która cierpisz – i nie wiesz już, jak o tym mówić

Nie znam Cię.
Ale może znam Twoje ciało.
To, które boli bez wyraźnej przyczyny.
Które kiedyś się napięło – i do dziś nie umie się rozluźnić.
Może, jak moje, nosi historię, której nikt nie chciał wysłuchać.
Może też słyszysz: „To tylko w twojej głowie” – i czujesz się jeszcze bardziej samotna.

Ja też długo szukałam odpowiedzi.
Chciałam wiedzieć, co mi jest.
Ale w końcu zrozumiałam, że to nie diagnoza jest najważniejsza.
Ciało wołało o coś więcej niż etykietę.

Było w moim życiu wiele sytuacji, które zostawiły ślad.
Dorastałam w środowisku pełnym napięć. Nie było bezpiecznie.
Chaos, emocjonalna nieprzewidywalność – to była codzienność.
Moje ciało nauczyło się być czujne. Gotowe do ucieczki.
A kiedy ucieczka nie była możliwa – po prostu zamarzło.

Zamrożenie. To słowo najlepiej opisuje moje dzieciństwo.

Emocje były zbyt bolesne, by je czuć.
Ciało przestało ufać, że ktoś je ochroni.
Mój układ nerwowy przeszedł wtedy w tryb przetrwania – i już tam został.

Rodzina była – ale nie taka, która koi.
Relacje od zawsze były pełne trudnych emocji: brak zrozumienia, za to wiele oskarżeń, ocen, dominacji, poczucia winy, szantażu emocjonalnego.
To nie była przestrzeń, w której można było miękko upaść i poczuć bezpieczeństwo.

Śmierć bliskiej osoby zabrała ostatni fundament nadziei.
Bolało.
To była strata, która otworzyła wszystkie niewypowiedziane rany.

Przez długi czas starałam się robić wszystko najlepiej, jak potrafię.
Oddanie, sumienność, perfekcjonizm, z poczucia obowiązku, bo tak trzeba – były moją codziennością.
A jednak moje ciało płaciło za to coraz wyższą cenę.

Ale w końcu przyszło coś, czego nie dało się już unieść.
Atmosfera przemocy psychicznej, mobbingu, niesprawiedliwej oceny – wszystko to sprawiło, że zaczęłam gasnąć.
Czułam się coraz mniej sobą.
Coraz bardziej bezsilna.

Każde „nie” było próbą powiedzenia sobie „tak”.

Zdecydowałam się odejść.
Z różnych miejsc, z różnych ról – z relacji, które nie dawały mi wsparcia, zabierały energię.
To były jedne z najtrudniejszych decyzji w moim życiu – i jednak najbardziej uzdrawiające.
Odeszłam nie dlatego, że byłam słaba.
Odeszłam, żeby siebie ocalić.

Są też ludzie, którzy po prostu nie rozumieją.
Dla nich to tylko zwyczajna rzecz –
na przykład sąsiad, który kochał głośną muzykę.
Ale dla mojego układu nerwowego każdy bas był jak młot.
Jak kolejna dawka bólu.

Czasem wystarczy czyjaś obojętność, by ciało znów przypomniało sobie, że jest samo.
Że jego granice nie są chronione.
Że nie zasługuje.
Że nie ma wpływu.

Tak działa trauma.
Tak działa bezsilność.

Ale nie piszę tego, żeby się skarżyć.
Piszę, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama.
Że jest nas więcej – tych „za bardzo” czujących.
Tych, którzy nauczyli się przetrwać, a teraz próbują się nauczyć żyć

Dziś wiem, że te wszystkie lata „radzenia sobie” były tylko sposobem na przeżycie.
A kiedy dorosłam, przetrwanie zamieniło się w przewlekły ból.
Ciało zaczęło mówić: „Już nie mogę tego dłużej nie czuć.”

Medycyna próbowała to nazwać – ale dla mnie to coś więcej niż zbiór objawów.
To język duszy.
To język, którym moje ciało opowiada historię zamrożenia, napięcia i tęsknoty za bezpieczeństwem.

Wiem, że nie jestem jedyna.
Wiem, że takich osób jak ja – jak my – jest więcej.
Ludzi o czułym wnętrzu, którzy długo tłumili swój ból, by nie zawieść nikogo wokół.
Którzy byli silni za długo.
Których ciało zaczęło krzyczeć, gdy dusza już szeptała bezgłośnie.

Piszę ten list dla nas wszystkich.
Żebyśmy poczuli się choć trochę mniej samotni.
Żebyśmy wiedzieli, że nawet jeśli system nie rozumie – my możemy się nawzajem zobaczyć.

Długo myślałam, że muszę się naprawić.
Dziś uczę się czegoś innego:

  • mogę przyjąć siebie taką, jaką jestem – bez warunków,
  • ciało nie kłamie – ono mówi prawdę, której nikt wcześniej nie chciał słyszeć,
  • mogę tworzyć w sobie przestrzeń bezpieczeństwa, której kiedyś nie miałam,
  • pomagając sobie, mogę pomóc komuś innemu – bo każde moje rozluźnienie to mniej napięcia w tym świecie.

Jeśli to czytasz i czujesz, że to o Tobie – to znaczy, że jesteśmy połączeni.
Nie musisz być „silna”.
Nie musisz być „dzielna”.
Możesz być zmęczona. Możesz być wrażliwa. Możesz potrzebować ciszy.
I to jest w porządku.
Ja też.
I to wystarcza.


Jeśli odnajdujesz się w tym liście – podziel się nim.
A może napisz swój.
Listy nie zawsze trzeba wysyłać. Wystarczy, że powstaną.
Czasem najtrudniejszym krokiem jest nazwać swój ból.
Ale czasem to pierwszy krok ku sobie.

Z troską,

Kasia

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.