Joga powięziowa – praktyka, która zaczyna się tam, gdzie kończy się perfekcja

Joga powięziowa

– praktyka, która zaczyna się tam, gdzie kończy się perfekcja

Joga powięziowa – praktyka uważności i przełamanie stereotypów

Często słyszę takie opinie na temat jogi i sposobu jej praktyki:
„Joga nie jest dla mnie, bo nie jestem rozciągnięta”,
„Te pozycje są za trudne”,
albo traktowanie jogi jak fitnessu.

Nie dziwię się tym przekonaniom.
Media społecznościowe pełne są filmików, na których bardzo elastyczne osoby demonstrują, jak jeszcze niedawno „nie sięgały nogą za głowę”, a dziś robią to z łatwością. Widzimy zdjęcia skomplikowanych pozycji, ciała wygięte jak z katalogu. I wtedy łatwo uwierzyć, że joga jest czymś, co „robią inni”, a nie my.

Jeszcze gorzej, gdy ktoś próbuje odtworzyć te pozycje w domu — często wbrew temu, co czuje w swoim ciele — i niechcący robi sobie krzywdę.

Joga na pokaz a joga, która naprawdę działa

W ostatnich latach powstał trend „jogi na pokaz”: gadżety, stroje, maty, perfekcyjne otoczenie.
A przecież joga nie ma nic wspólnego z tym, jak wyglądamy.

Moja własna praktyka to cisza, dom, kawałek podłogi i… piżama.
Bo tak mi najwygodniej. Bo tak czuję się sobą.

Nie sięgam nogą za głowę.
Nie ćwiczę po to, by być bardziej elastyczna niż wczoraj.
Nie interesuje mnie, czy „wygląda to dobrze”.

W mojej praktyce jest uważność.
Jest oddech.
Jest obserwacja i puszczanie napięcia.

To medytacja w ruchu — a czasem piękna, regenerująca medytacja w bezruchu.

Moc bezruchu, której nie widać na zdjęciach

Bezruch z zewnątrz wygląda jak „nic”.
Ale ciało, kiedy wreszcie zatrzyma się naprawdę, zaczyna pracować najintensywniej.

Uważne osoby potrafią poczuć, jak mięśnie miękną, jak powięź powoli puszcza, jak coś topnieje w głębi.
Nie dlatego, że ciało zostało naciągnięte.
Dlatego, że wreszcie dostało sygnał bezpieczeństwa.

Uwielbiam tę chwilę, gdy ciało zaczyna odpuszczać.
Gdy widzę, jak nabiera zaufania.
Gdy powoli, łagodnie zmienia się… samo.

Czego naprawdę uczy joga według tradycji

W klasycznych Jogasutrach Patañjalego tylko jedna sutra mówi o praktyce asan:

sthira sukham āsanamPozycja jest doskonała, gdy staje się stabilna i wygodna.

To zdanie wywraca współczesne podejście do jogi do góry nogami.
Nie chodzi o wygląd pozycji.
Nie chodzi o zakres.
Nie chodzi o wyczyn.

Chodzi o to, co czujesz w środku — o bezwysiłkowy moment, w którym ciało i oddech znajdują wspólny rytm.

Tego nauczyła mnie joga powięziowa.
I tego uczę innych.

Moja droga wcale nie była lekka

Przez lata moje ciało doświadczało bólu tak intensywnego, że trudno to ubrać w słowa.
Pieczenie, kłucie, ściskanie, uczucie zgniatania — czasem wszystko naraz.
Bolało całe ciało. Bez przerwy.

Joga była jedynym narzędziem, które miałam.
Nie usuwała bólu natychmiast, ale pozwalała mi go zrozumieć.
Praktykowałam czasem w płaczu.
Czasem w złości.
Czasem z poczuciem, że tego nienawidzę.

A jednak wracałam — bo nie miałam innej drogi.

Z czasem zrozumiałam, czego naprawdę potrzebuje moje ciało, żeby się regulować.
Dziś mogę tę wiedzę przekazywać dalej.

Ciało pamięta – emocje też tam mieszkają

Im głębiej pracowałam z bólem, tym wyraźniej widziałam, że wiele napięć ma emocjonalne podłoże.
To nie jest tylko „zbyt napięty mięsień”.
To historie, których nie nazwaliśmy.
Reakcje, które zostały przerwane.
Emocje, których nie mieliśmy gdzie pomieścić.

Dlatego joga powięziowa jest jednocześnie pracą z ciałem, psyche i emocjami.
Kiedy jedno zaczyna puszczać, drugie naturalnie za nim podąża.

Najtrudniejsze w uczeniu jogi: nauczyć się rozluźniać

Ludziom nie jest trudno się zmęczyć.
Trudno jest się… rozluźnić.

Oddać kontrolę.
Puścić napięcie, które trzyma od lat.
Wejść w stan, w którym ciało może wreszcie naprawiać się, regenerować, odnawiać.

To jest najważniejsza część praktyki — wprowadzanie ciała w stan bezpieczeństwa i odpuszczenia.
Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zmiana. Jak mówi jedna z Jogasutr:

prayatna śaithilya ananta samāpattibhyām —
„rozluźnij wysiłek, a pojawi się przestrzeń”.


Właśnie to jest istotą jogi — kiedy puszczasz kontrolę, pojawia się lekkość.
I wcale nie chodzi o to, by robić więcej.
Chodzi o to, by robić łagodniej, z uważnością.

Efekty? Nie od razu. I to jest piękne

Czasem poprawa pojawia się szybko.
Czasem trzeba czekać.
Czasem efekt zjawia się… w zupełnie innym miejscu niż to, z którym przyszliśmy.

I to jest w tej praktyce fascynujące — że ciało nie działa według schematu.
Każdy ma własną historię i własne tempo.

Czego naprawdę uczę

Uczę uważności.
Uczę odpuszczania.
Uczę oddychania w miejsca, które chcą zostać zauważone.
Ale na najgłębszym poziomie — uczę miłości do siebie.
Do ciała takim, jakie jest.
Do tego, że dziś może mniej, jutro więcej.
Do jego mądrości, której tak długo nikt nas nie uczył słuchać.

Dlaczego dzielę się tą praktyką

Moja droga była trudna, ale to właśnie ona pokazała mi, że joga powięziowa jest dla każdego.
Nie trzeba być elastycznym.
Nie trzeba mieć perfekcyjnego stroju.
Nie trzeba nawet „umieć” jogi.

Wystarczy ciekawość i odrobina zaufania do siebie.

To praktyka, która uczy słuchania.
Pozwala zauważyć napięcia, których nawet nie byliśmy świadomi.
I pomaga im odejść — powoli, delikatnie, w swoim czasie.

„Pozostajemy ślepi na rzeczywistość ciała i uczuć.
A to przecież CIAŁO rozpływa się z miłości, sztywnieje ze strachu, trzęsie się ze złości,
dąży do ciepła i kontaktu.”
— Alexander Lowen

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.