
Czy ja mam wykupiony abonament na kopniaki od Wszechświata?
– kilka refleksji o tym, dlaczego życie czasem rzuca kłody pod nogi i co zrobić, żeby nie zamieszkać pod pierwszą z nich.
Świat się wali, kryzys na horyzoncie – jak radzić sobie z trudnościami
Są takie dni, kiedy człowiek budzi się rano, patrzy w okno i ma nieodparte wrażenie, że cała ta życiowa układanka zaczyna przypominać domek z kart postawiony na drodze solidnego przeciągu. Od ponad roku moje życie przypomina dość dynamiczną sinusoidę. Chwile głębokiego spokoju bezczelnie przeplatają się z nagłymi momentami totalnego napięcia. Kiedy już wydaje mi się, że wszystko zaczyna się układać, życie jakby mówiło zza rogu: „Dobrze, to teraz sprawdzamy…„
W pewien wyjątkowo „uroczy” wtorek, kiedy po raz kolejny poczułam, że grunt pod nogami zaczyna mi się podejrzanie chwiać, a lista spraw do natychmiastowego uratowania zaczęła przekraczać moje fizyczne możliwości, usiadłam na hamaku i przez chwilę po prostu patrzyłam przed siebie, zastanawiając się, co mam z tym wszystkim dalej zrobić. Nie znajdując odpowiedzi, napisałam do znajomego:
„Słuchaj, czy ja mam wykupiony jakiś abonament na kopniaki od Wszechświata? Bo jeśli tak, to chętnie sprawdzę regulamin i zobaczę, kiedy kończy się okres wypowiedzenia.”
Odpowiedź nie nadeszła – choć nie ukrywam, że bardzo liczyłam przynajmniej na informację, kiedy upływa moja umowa, albo czy chociaż istnieje opcja skrócenia jej z zachowaniem miesięcznego okresu wypowiedzenia. Niestety, infolinia milczała.
Kilka dni, które mogły mnie przygnieść
W ciągu zaledwie kilku dni mój osobisty mikrokosmos postanowił ogłosić strajk generalny. Najpierw odmówiło posłuszeństwa auto, zostawiając mnie z perspektywą kosztownej wizyty u mechanika. Pomyślałam wtedy jeszcze w miarę spokojnie: „Trudno, na szczęście mam rower”. Następnego dnia, przy pierwszej próbie hamowania, zerwała się linka hamulcowa, a przerzutki zaczęły zgrzytać przy każdej próbie zmiany biegu. Mój plan awaryjny właśnie przestał istnieć. Gdy na koniec tygodnia, chcąc odetchnąć i zająć się czymś przyziemnym, wyciągnęłam z garażu kosiarkę, ta po prostu odmówiła współpracy przy próbie uruchomienia.
Miałam wrażenie, że gdzieś tam istnieje jakiś niewidzialny dział odpowiedzialny za testowanie cierpliwości ludzi, bo w tamtej chwili zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy przypadkiem lodówka nie stoi już w kolejce, żeby spektakularnie zakończyć ten techniczny pogrzeb.
Jakby tego było mało, w tym samym czasie przyszło mi mierzyć się z trudnymi sprawami rodzinnymi – takimi, które wymagają podejmowania niełatwych decyzji, twardego stawiania granic i mierzenia się z emocjami, na które nikt z nas nigdy nie czuje się w pełni gotowy.
Najtrudniejsza lekcja
O ile zepsute sprzęty domowe można ostatecznie oddać do serwisu lub zastąpić nowymi, o tyle najtrudniejsze lekcje zawsze dotyczą relacji z ludźmi. Są w życiu sytuacje, których nie da się naprawić za kogoś innego, choćbyśmy wkładali w to całe swoje serce. Czasem czujemy się jak gladiatorzy rzuceni na arenę, ale zapominamy, że nie każda walka z lwami jest nasza i nie zawsze mierzymy się z tymi samymi przeszkodami. Dla jednych wyzwaniem mogą być trudności zdrowotne, dla innych samotność czy paraliżujący lęk o finansową przyszłość. Jednak dla mnie to właśnie konflikty i skomplikowane układy rodzinne okazały się najtrudniejszą lekcją, bo rany zadane przez bliskich dotykają miejsc pozbawionych pancerza.
Coraz częściej mam wrażenie, że próbujemy wygrać za wszelką cenę każdą bitwę, w którą zostajemy wciągnięci. Nie każda wymaga jednak zwycięstwa. Niektóre wymagają tylko tego, by przestać oddawać im swoją energię.
Zaczynam coraz wyraźniej rozumieć, że ochrona własnego spokoju i postawienie wyraźnej, pełnej szacunku granicy – choć często wiążą się z ogromnymi emocjami i wymagają odwagi – nie mają nic wspólnego z ucieczką czy tchórzostwem. To świadomy, dojrzały wybór człowieka, który wie, ile wysiłku wymaga odbudowanie wewnętrznej harmonii i dlatego nie oddaje jej na rzecz cudzych dramatów.
Kiedy patrzysz z dystansu
Gdy kurz opada i pojawia się chwila na chłodniejszą refleksję, łatwiej zauważyć rzecz dość oczywistą, choć w trudnych momentach niesamowicie trudną do przełknięcia. Nasza codzienność rzadko przypomina prostą linię. Znacznie częściej przypomina sinusoidę, na której wzloty przeplatają się ze spadkami. Przez długi czas żyłam w przekonaniu, że moim nadrzędnym celem powinno być ułożenie wszystkiego tak idealnie, aby utrzymać się wyłącznie po tej spokojnej wolnej od zawirowań stronie. Chciałam, żeby było stabilnie, przewidywalnie i bezpiecznie.
Im bardziej kurczowo trzymałam się tej wizji, tym mocniej bolało mnie każde, nawet najmniejsze potknięcie. Każde nieplanowane wydarzenie urastało do rangi osobistej porażki lub złośliwości losu, która miała na celu wyłącznie zepsuć mój misternie zbudowany porządek.
Jednak największy przełom wcale nie nastąpił wtedy, gdy nagle rozwiązałam wszystkie swoje problemy i osiągnęłam mityczny stan wiecznej szczęśliwości. Stało się coś innego. Zmiana nadeszła w momencie, kiedy przestałam oczekiwać, że życie w końcu stanie się prostą drogą pozbawioną zakrętów. To nie była gorzka rezygnacja z marzeń czy bezsilne poddanie się biegowi wydarzeń. To była raczej cicha akceptacja faktu, że życie składa się z pełnego pakietu doświadczeń i że zmienność jest wpisana w jego naturę.
Moment odpuszczenia
Jeszcze kilka lat temu prawdopodobnie taki zestaw wydarzeń całkowicie wyprowadziłby mnie z równowagi. Nie spałabym po nocach, próbując znaleźć rozwiązanie każdego problemu jednocześnie.
Tym razem było inaczej. W samym środku tego chaosu, zamiast po raz kolejny wejść w rolę menedżera zarządzającego kryzysem na skraju załamania nerwowego, po prostu usiadłam. Zrobiłam głęboki wydech i pomyślałam:
„No cóż, na część z tych rzeczy zwyczajnie nie mam w tej chwili żadnego wpływu”.
Nie twierdzę, że odkryłam Amerykę, ale w tamtym momencie – zamiast oczekiwanego rozsypania się na kawałki – poczułam, że mam jednak wybór, jak na to zareaguję. Zrozumiałam, że mogę zmienić swój stosunek do tego, co się wydarzyło. Przestałam więc szarpać się z rzeczywistością i próbować na siłę zmienić coś, czego zmienić nie mogłam. Dotarło do mnie wtedy, ile energii wcześniej traciłam nie na samo rozwiązywanie problemów, ale na nieustanne próby zmienienia samego faktu, że one w ogóle się pojawiły.
Kiedy odpuściłam tę walkę i zaakceptowałam, że nie muszę mieć wszystkiego pod kontrolą, wydarzyło się coś ważnego. Pojawiła się przestrzeń na to, by pozwolić życiu po prostu płynąć. Wtedy część spraw zaczęła układać się bez mojego udziału. Ktoś życzliwy zaoferował mi pomoc i naprawił rower oraz kosiarkę. Auto nadal czeka na swoją kolej, ale świat z tego powodu się nie zatrzymał.
Dopiero gdy napięcie opadło, zaczęłam dostrzegać również rozwiązania, których wcześniej po prostu nie widziałam. Dotyczyło to nie tylko codziennych problemów, ale również trudnych spraw rodzinnych. Zrozumiałam, że tak jak nie mam wpływu na zepsuty sprzęt, tak samo nie mam wpływu na cudze emocje, decyzje ani na to, jak inni zareagują na moje wybory.
Oswoić emocjonalną sinusoidę
Wiecie, co w tym wszystkim najbardziej mnie zaskoczyło?
Nie to, że trudności znowu się pojawiły. Zaskoczyło mnie to, że nie wywołały już we mnie takiego chaosu jak kiedyś.
Kiedyś jeden kryzys potrafił wyrzucić mnie bardzo wysoko w emocjonalny kosmos, by chwilę później bezlitośnie zrzucić na samo dno. Mój umysł, gdyby dostawał wynagrodzenie za tworzenie katastroficznych filmów, już dawno zdobyłby Oscara w kategorii „najlepszy scenariusz dramatyczny”. Jak już złapał jakiś temat, potrafił mielić go godzinami. Szukał rozwiązania, analizował każdy możliwy scenariusz i uparcie wracał do punktu wyjścia, licząc, że za setnym razem odpowiedź w końcu sama się pojawi.
Dziś moja osobista sinusoida nadal istnieje, bo jestem człowiekiem i przeżywam emocje. Wygląda jednak zupełnie inaczej niż kilka lat temu. Nie dlatego, że życie nagle stało się łatwiejsze. Problemy nadal się pojawiają, zdarzają się też dni, kiedy wszystko dzieje się naraz, a ja wciąż odczuwam złość, smutek czy bezradność. Nie udaję, że trudne emocje zniknęły. Pojawiła się jednak subtelna różnica. Po raz pierwszy zauważyłam, że towarzyszące mi emocje nie przejęły nade mną całkowitej kontroli. Nie zabrały mnie już tak daleko jak kiedyś. Nie potrzebowałam już tygodni, żeby wrócić do równowagi.
Zrozumiałam, że problemy wcale nie stały się mniejsze.
To mój ładunek emocjonalny okazał się inny niż kiedyś.
Myślę, że stało się tak dlatego, że zaczęłam świadomie pracować z własnymi emocjami. Uczyłam się je obserwować zamiast z nimi walczyć. Przestałam traktować każdą trudność jak ostateczną katastrofę, a każdą myśl jak niepodważalny fakt.
To nie wydarzyło się z wtorku na środę. To był proces składający się z setek małych kroków i chwil, w których cierpliwie uczyłam się wracać do siebie.
Wiem, że wewnętrzna równowaga nie polega na tym, że życie przestaje rzucać mi kłody pod nogi. Polega na tym, że kiedy się o nie potykam, coraz łatwiej i szybciej wstaję i ruszam dalej.
Im bardziej poznaję własne emocje, tym mniejsza staje się amplituda mojej życiowej sinusoidy.
Co pomaga mi wracać do równowagi
Kiedy sztorm wokół mnie staje się zbyt głośny, a umysł zaczyna pisać kolejne czarne scenariusze, wracam do prostych drogowskazów. Oto kilka rzeczy, które pomagają mi nie zgubić siebie w gęstym chaosie.
Podsumowanie
Nie mam pewności, czy faktycznie istnieje jakiś tajemniczy abonament na życiowe kopniaki od Wszechświata. Nie dostałam regulaminu, nie znam warunków umowy i nadal nie wiem, czy można go wypowiedzieć z zachowaniem miesięcznego okresu wypowiedzenia. Jeśli jednak rzeczywiście taki abonament otrzymałam w pakiecie, to chyba powoli zaczynam rozumieć jego zasady. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że rzeczywistość jest taka, jaka jest. To nasze sztywne oczekiwania i cicha presja, by wszystko przebiegało gładko, rodzą w nas największy opór i cierpienie. Najwięcej sił odbiera nam nie sam fakt, że pękła linka czy pojawił się konflikt, ale nasza niezgoda na to, że świat nie chce dopasować się do naszego scenariusza.
Spokój nie przychodzi wtedy, gdy znikają zawirowania. Pojawia się wtedy, gdy przestajemy zużywać całą swoją energię na walkę z tym, że w ogóle się zdarzyły.
Dziś, kiedy po raz kolejny czuję, że grunt zaczyna się chwiać, próbuję spojrzeć na to z innej perspektywy. Zamiast pytać: „Dlaczego znowu mnie to spotyka?”, coraz częściej pytam: „Czego mogę nauczyć się z tej sytuacji? Co mówi mi ona o mnie i moich granicach?”.
Może nie mam wpływu na to, ile przeszkód jeszcze pojawi się na mojej drodze. Wierzę jednak, że z czasem mogę nauczyć się nie tyle szybciej podnosić po kolejnym upadku, ile po prostu coraz pewniej przechodzić przez to, co przynosi mi życie – z mniejszym ciężarem w sercu i z większym zaufaniem do samej siebie.
Jeśli czujesz, że dzisiejszy dzień wyjątkowo mocno daje Ci się we znaki, a Twój umysł bez przerwy wyświetla najczarniejsze scenariusze, przygotowałam dla Ciebie bezpłatny materiał z Niezbędnika SZiRU. Znajdziesz w nim proste, codzienne praktyki, które pomogą Ci zatrzymać się na chwilę, sprowadzić uwagę do ciała i łagodniej przejść przez każdy trudniejszy moment.
